„Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o twoich planach na przyszłość” – Woody Allen.

Chciałam dziś przesadzić rośliny, ale zabrakło mi ziemi i niechybnie czeka mnie jutro Wielka Wyprawa do Castoramy.

Chciałam uporządkować balkon, ale przeszkodziła mi burza – a po niej to zajęłam się innymi rzeczami i już mi się odechciało. I tak muszę tam wrócić jutro.

Chciałam też rysować dalej portret Sansy z Gry o Tron (jestem gotowa na wyzwanie: odwzorować najlepiej jak umiem futrzany płaszcz) i upiec ciasto jogurtowe z owocami, o którym myślę od dawna i na które mam ogromną ochotę, ale zdaje się, że zabraknie mi na to czasu. Po prostu doba jest zwyczajnie za krótka – nie da rady zrobić wszystkiego, co by się chciało.

Wiem też, że miałam napisać wieki temu. Przepraszam, nie wyszło mi. Na pocieszenie dla Was mam małą (miłą?) niespodziankę, którą znajdziecie u dołu tego posta.

Wiecie, miałam ostatnio trochę mniejszych i większych kłopotów ze zdrowiem i nastrojem i czułam, że brakuje mi energii i inspiracji. Popadłam w jakąś inercję. Staram się ją pomalutku przezwyciężać. Znowu wzięłam do ręki mój specjalny notatnik w którym spisuję sobie drobne i wielkie cele i potrzeby, żeby się nie zagubić i nie rezygnować z wprowadzania ich w życie. Wczoraj usiadłam, pomyślałam… i zapisałam trzy strony. Czeka mnie sporo roboty, żeby wrócić do formy…

Prawda jest taka, że ja dalej nie wiem co mi się dzieje z czasem. Dni mijały mi bardzo szybko, a spędzałam je głównie na pracy i „potrzebnych rzeczach” – zakupy, obiad, pranie i inne przyziemności. Na szczęście było kilka wyłomów w tej monotonii. Wielkim wyzwaniem było dla nas obojga zrealizowanie wspólnie zlecenia wykonania reportażu ślubnego – i tak naprawdę to chyba to podniosło mnie na duchu. Wspólny cel. Teraz czeka mnie mnóstwo obróbki, ale mam nadzieję, że już niedługo będzie można oglądać wybrane zdjęcia na naszej stronie internetowej/

Z fajnych spraw – ponieważ podjęłam decyzję, że zabieram się za rysowanie i zainwestowałam w naprawdę fajne (FANTASTYCZNE) kredki Prismacolor, to zorganizowałam też sobie miejsce do pracy. Wykorzystałam na to sekretarzyk, który mamy w domu. Wystarczy go otworzyć i już mam dostęp do wszystkiego, czego mi potrzeba, łącznie z wygodnym kawałkiem blatu i lampą ❤ Rozwiązanie całkiem praktyczne, wygodne i kotoodporne (bo zazwyczaj Kotła podbiera wszystkie małe rzeczy, które spuścimy z oka i gania z nimi po całym mieszkaniu).

Sansa czeka.

Dzisiejszy dzień mimo nie wykonania 100% planu (o którym od samego rana wiedziałam, że jest nierealny) jednak zaliczam do udanych. Po raz pierwszy od lat wsiadłam na rower, taki na minuty. To cudowne uczucie móc znowu zrobić coś, co wydawało się już niemożliwe na zawsze. Moje problemy z kręgosłupem nie pozwalały mi na jazdę w pochyleniu. Kończyło się bólem. Rower który wypożyczyłam ma jednak inną budowę. Chyba holenderską? Można na nim jechać z wyprostowanymi plecami.

Pęd, wiatr we włosach… wolność!

Tak jak sobie obiecałam nie rozstaję się z aparatem na spacerach. Ostatnio spróbowałam… nakręcić film. Efekty możecie zobaczyć na własne oczy. Wszystko się trzęsie gorzej niż w filmach Von Triera, słychać pracę obiektywu i czasem inne dziwne dźwięki, których sami byliśmy źródłem, ale pierwsze koty za płoty! 😀 Udało się nawet nakręcić parę leśnych mieszkańców, a samo montowanie wprawiło mnie w dobry humor.

Muszę już dzisiaj uciekać, bo mam plan (haha) bardzo wcześnie wstać do pracy. Ciekawe co mi z tego wyjdzie…

Do następnego razu! Żabka pozdrawia!

xoxo,
Basia

Kwiecień – plecień

Czas płynie tak szybko.

Nie wiem gdzie i kiedy uciekł mi kwiecień. Nie powiedziałabym, że byłam przez większość czasu jakoś specjalnie zajęta. Tylko kilka dni intensywnie pracowałam. Przez resztę miesiąca głównie chowałam się w domu, nie zajmując się niczym specjalnym – najpierw moja ręka musiała mieć czas na zagojenie się, później dopadła mnie infekcja, a wszystko skończyło się długim weekendem majowym. Rzadko wychodziłam z domu. Spacery? Najczęściej najwyżej na balkon.

Będę tęsknić za czasem wolnym, za ciszą w sercu. Ostatnio tylko wtedy czuję, że naprawdę żyję, że mam jakiś kontakt ze sobą. Kiedy pracuję wpadam w jakiś taki… bezduszny rytm. Trochę zapominam siebie. Lista zajęć przejmuje mnie na własność, upływający czas przeraża. Czuję się tak, jakbym była z niego okradana. Nie zawsze tak było, kiedyś było inaczej, dobrze, lepiej – a teraz?… Chyba po prostu jakoś szybko rozładowują się moje wewnętrzne baterie.

Nie chcę narzekać. Po prostu trochę mi smutno.

Jeśli ktoś jest ciekaw – pomidory wzeszły, większość z nich. Zdążyły też zmarznąć, bo nieopatrznie zostawiłam je na balkonie na noc (a pogoda wcale nie rozpieszcza). Chciałam, żeby złapały trochę słońca, a dopadła je ciemność i wygląda na to, że jedna odmiana (Maskotka) mocno ucierpiała. Na szczęście są jeszcze dwie inne (Bajaja i Noire de Crimee), a ja – jako opiekun pomidorów – mam nauczkę, żeby zostawiać sobie notatkę, albo przypomnienie w telefonie, jeśli wystawiam podopiecznych na zewnątrz.

Oprócz ogrodniczego szaleństwa – postanowiłam, że nie będę dłużej szukać wymówek w stylu „brak cierpliwości”, czy też „brak talentu”. Pora odłożyć ten dziwny wstyd na bok – kto powiedział, że nie wolno mi rysować?

(Tymi ręcami)

Bardzo podobają mi się takie kremowe kartki do rysunków. Chętnie kupiłabym cały plik. Ta, której użyłam to akurat pojedyncza sztuka z kolorowego bloku. Poza tym przydałby mi się lepszy biały pisak. Co znaczy, że chyba czeka mnie wizyta w sklepie papierniczym! 🙂 Super – zawsze je uwielbiałam. To moje ulubione sklepy – oczywiście obok marketów budowlanych.

Poza tym znalazłam czas na czytanie (ciągle trwa walka, żeby było na to miejsce gdzieś pomiędzy szałem codzienności – w końcu ja nie czytająca to jakiś podły żart).

Pierwsza książka jaką miałam przyjemność przeczytać to „Gawędy o wilkach i innych zwierzętach”, których autorem jest Marcin Kostrzyński… czyli Marcin z Lasu 🙂 Subskrybuję jego kanał na YouTube – publikuje naturalnie piękne i ciekawe nagrania leśnych mieszkańców. W „Gawędach…” opisuje swoje doświadczenia ze zwierzętami: dzikami, jeleniami, wiewiórkami, wilkami… Przy lekturze bywa i zabawnie i poważnie – ale zawsze tak od serca.

„Balet który niszczy” kupiłam trochę w geście wsparcia i powoli przyswajam. Kocham balet – i chociaż oczywiście nigdy nie wystąpię (nie zrobię nawet szpagatu męskiego – co do damskiego, to mam swoje ambicje i nie mogę tego obiecać ;)) to ćwiczę dla własnej satysfakcji. Nie wiem jak jest w szkole baletowej, ale wiem trochę jak bywa w życiu. Szczerze to na myśl o nadużyciach flaki mi się przewracają. Nie kupuję opinii, że publikacja powstała dla zysku, czy po to, żeby zdyskredytować, oczernić szkoły publiczne i zagonić uczniów do prywatnych. Powiem tyle: takie rzeczy, to o wszystkich, ale nie o autorce, Monice Sławeckiej! Mocno wierzę w jej dobre intencje. Myślę osobiście, że krytyczne głosy to niestety normalna reakcja baletowej społeczności. Rzecz do przewidzenia. Tak się po prostu dzieje zawsze, gdy ktoś, kogo skrzywdzono otwiera usta. Łatwiej powiedzieć, że ktoś nie ma dość hartu ducha by wytrwać w obliczu trudnej rzeczywistości, niż zdobyć się na krytyczny osąd – zwłaszcza autorytetów.

Na dziś niestety muszę kończyć. Późno już… jutro przecież czeka mnie praca. Jedna dobra wiadomość – kolejnej takiej długiej przerwy w pisaniu nie przewiduję.

Jeśli mogę sobie czegoś życzyć na nadchodzący tydzień, to chciałabym tylko umieć zatrzymać ciszę…

Wam też – życzę tej dobrej, łagodnej ciszy. Do zobaczenia wkrótce!

xoxo,
Basia.

Gdyby Basia się nie spieszyła, to by ręki nie ukroiła (historia prawdziwa) / Better be safe than sorry (a true story)

Powiedzmy sobie szczerze – presja czasu, zwłaszcza długotrwała jeszcze chyba nikomu nie wyszła na zdrowie (najwyżej na pieniądze, ale 1: nie zawsze, 2: czy naprawdę zawsze warto i to za wszelką cenę?).

Uzbrojona w skalpel zupełnie niepotrzebnie przegrałam nierówną walkę z kurczakiem mrożonym. Efekt? Pilne spotkanie z chirurgiem i zszywanie lewej dłoni. Na szczęście nie uszkodziłam nic na trwałe, ani nie naruszyłam większych naczyń krwionośnych. Będę żyła – ale jestem na trochę wykluczona z pracy i typowych zajęć domowych, do których potrzebne są obie ręce.

… a do bazgrołów wystarczy jedna ręka 🙂

Myślę, że ten czas, który teraz mam był mi bardzo potrzebny. Byłam bardzo zmęczona – ale tak w środku. Wczoraj spałam kilkanaście godzin (!). Czuję, że dopiero zaczyna mi to jakoś odpuszczać, dopiero nabieram pierwszych sił. Szczęśliwie mam jeszcze kilka dni. Cisza i spokój sprzyja przemyśleniom, a ja potrzebowałam sobie parę rzeczy w głowie poukładać, zastanowić się nad tym co chciałabym zmienić, co jest dla mnie naprawdę ważne i jak nie brnąć z powrotem w ten stan wewnętrznego wyczerpania. Nie mam jeszcze odpowiedzi na wszystkie pytania, które sobie zadaję, ale może z czasem… Byle tylko nie tracić ze sobą kontaktu. Za bardzo daję się wciągnąć w niektóre codzienności. Za bardzo się staram, żeby rzeczy bez wielkiego znaczenia były zrobione na sto procent i potem brak mi sił na to, co jest istotne dla mnie, dla przyszłości…

Tymczasem na zewnątrz robi się coraz ładniej. Jak tylko zdejmą mi szwy i będę mogła normalnie używać ręki wysieję te pomidory, o których wspomniałam poprzednio. Mam już nasiona trzech odmian – czekają cierpliwie na swój czas – i jestem bardzo ciekawa, czy cokolwiek z tego wyjdzie. Jeśli urośnie choć jeden pomidor będę w siódmym niebie!

Tymczasem postanowiłam, że przy dobrej pogodzie będę targać ze sobą aparat na spacery, nawet jeśli nie czuję specjalnej inspiracji i nie mam żadnego racjonalnego powodu, żeby robić zdjęcia kwiatom. Te fotografie nie muszą być arcydziełami – ale niech będą. Nie chcę, żeby sprzęt zbierał kurz. Nie zamierzam też dłużej poświęcać rzeczy, które chociaż wymagają trochę wkładu energii na początku, to w konsekwencji się opłacają, bo ładują mi baterie.

Ptaszory chyba nigdy nie przestaną mnie ciekawić 🙂

To samo dotyczy gałązek…

Te żółte kwiaty to już niepodważalny znak wiosny.

Las wydaje się być miejscem, które tak łatwo nie zapomina starego. Oprócz nowych pąków – nagie konary. A pod stopami liście, jak wspomnienia o jesieni.

W drodze na plażę: spotkanie z sąsiadem bażantem…

… i puszyści, umorusani wędrowcy.

Tak bardzo chciałabym, żeby każde domowe zwierzę miało swój bezpieczny kąt, pełną miskę i kochającego opiekuna…

Lubię słuchać szumu fal. Powinnam częściej to robić.

Życzę Wam dobrego dnia.

Basia,
xoxo

CHECK ENGLISH VERSION

Coś się kończy, coś zaczyna / Something ends, something begins

Nawet nie mam ochoty wspominać zeszłego tygodnia. Czasem zmiana nastawienia nie wystarczy, żeby było dobrze. Czasem sytuacja sama w sobie jest po prostu jest zła. Wiem jedno – nie chcę poświęcać jej już ani jednej łzy. Skończyło się. Coś we mnie umarło – ale może właśnie tak miało być.

Jest taka rzecz, która bardzo mnie cieszy. Na samą myśl mam ochotę się uśmiechać… Wiosna! Już jest!

Ta zima była dla mnie wyjątkowo niedobra. Zazwyczaj lubię zimy, ale w tym roku coś się zmieniło. Brak słońca, brak śniegu (!) – za to dużo deszczu, zimna i ciemności. Wszystko to bardzo mocno wpłynęło na moje samopoczucie i podważyło moją odporność. Dawno tyle nie chorowałam w tym sezonie – co chwila jakaś infekcja, czy ból odbierały mi siły.

Na szczęście to już przeszłość. Wiosna zagląda przez okna, słońce wciska się do pokoju, robi się coraz cieplej. W samym mieście, gdzie mieszkałam wcześniej nie jest tak ładnie (wiadomo: brud, śmieci pozostałe po zimie), ale w dzielnicy w której teraz jestem jest już inaczej. Pierwsze kwiaty wyglądają nieśmiało z rabat, a wróble zaczynają się wydzierać 🙂

W pobliskim lesie oprócz zielonego mchu też można znaleźć już pąki, a nawet pierwsze liście. Ptaki nawołują z nieba, koron drzew i buszują w podszycie.

Najlepszą niespodzianką sobotniego spaceru było spotkanie na leśnym kąpielisku z jego uroczą lokatorką 🙂

Las jest jeszcze trochę szaro-bury, ale rośliny i wszystkie stworzenia wyglądają już cieplejszych dni, a wszystkiemu – i ludziom w gościach – przyglądają się wysokie drzewa…

Ja też już poczułam w sobie wiosnę. Dziś wysiałam wszystkie zioła, zainwestowałam w zakup kiełkownicy, a planach mam… hodowlę pomidorów na balkonie! Podobno się da – a warunki na to mam. Grzech nie spróbować. Będę informować na bieżąco o postępach (lub ewentualnej totalnej porażce 😀 )

Życzę Wam z całego serca dobrej wiosny w waszych głowach i sercach ❤

xoxo,
Basia

Check english version

Bardzo długi dzień / A very long day

Ten tydzień był dla mnie jak jeden, długi, wymagający dzień. Właściwie dopiero dzisiaj, w sobotni poranek poczułam jak wiele energii włożyłam w to, żeby nie poddać się natłokowi pracy, przykrym nastrojom i nerwowej atmosferze. Całe skumulowane wewnętrzne zmęczenie, które do tej pory od siebie odsuwałam mnie znalazło i musiało ze mnie w końcu zejść. Ucierpiała sfera baletowa – nie poszłam na zajęcia. Wiem, że to źle, ale mówi się trudno. Stało się. Powtarzam sobie, że to nic, że nie wyszło – może następnym razem będzie jakoś łatwiej, inaczej. Nie muszę być zawsze i wszędzie na sto procent. Jestem tylko człowiekiem i właściwie dopiero się uczę jak podejść do ostatnich zmian i zawodowych zawirowań. Co mogę powiedzieć… Nie chcę narzekać, ale po prostu nie jest za wesoło. Ja i tak cieszę się, że po raz pierwszy od dawna podeszłam do wyzwań tygodnia na tyle uważnie i rozumnie, żeby nie dać się ponieść sytuacjom, zachować spokój i oszczędzić nerwy. Jestem dumna z tego, że się udało, bo nie jest wcale łatwe zatrzymać się wpół drogi i zawrócić myślami, kiedy się człowiek zaczyna denerwować, albo traci poczucie sensu, lub ma ochotę po prostu rzucić to co robi i wyjść.

Z innych, lepszych rzeczy – z pomocą mojego kochanego domowego specjalisty ( ❤ ) kupiłam komputer! Nareszcie mam na czym pracować (no i grać). Nie muszę osiągać stanu Zen za każdym razem, gdy klikam pędzlem w programie graficznym. Rzeczy dzieją się natychmiast, na ekranie dużego, wygodnego monitora, który nie męczy tak moich oczu (tak na marginesie jest na tyle duży, że aż musiałam zmniejszyć okno tego bloga, bo nie jestem przyzwyczajona do tak dużej przestrzeni przy pisaniu). Mogę się rozwijać, zamiast walczyć ze sprzętem – obróbka przestała być bitwą, a zaczyna być przyjemnością. Ostatnio powoli zajmuję się zdjęciami, które zrobiłam na plenerze fotograficznym. Trochę się obawiałam o rezultaty tych sesji (najgorzej, to samemu narzucić sobie presję), ale może niepotrzebnie. Mam nadzieję, że Wam się podobają.

Nie wiem co przyniesie kolejny tydzień, ale ja się nie poddam. Nie można pozwolić na to, żeby jedna strefa życia w której akurat na ten moment nie jest najlepiej dominowała nad wszystkim, pochłaniała całe siły i odbierała dobry nastrój. Idzie długo wyczekiwana przeze mnie wiosna (czuję, że brak światła jakoś wyjątkowo mocno na mnie wpłynął w tym roku). Jest tyle pięknych rzeczy – promienie słońca, które można poczuć na skórze, przestrzeń w lesie, czy śpiew i widok ptaków, które są coraz bardziej ciekawskie i aktywne. Kiedy się martwię przestaję to wszytko widzieć i nie mam jak naładować własnych baterii. Po co mi to?

Skoro udało mi się wygrać w tygodniu – to znaczy, że potrafię. Jestem na dobrej drodze.

Spokojnej niedzieli,

xoxo,
Basia

Check english version

Nowy początek / A new beginning

Nie jestem tu nowa. To nie jest mój pierwszy blog. Miałam ich w życiu wiele – najpierw otwartych, później zamkniętych – a w końcu: tych najtrudniejszych, tylko dla mnie, odizolowanych. Niektóre pewnie istnieją gdzieś nadal. Trudno mi spamiętać wszystkie loginy, hasła, adresy… Nie mam ochoty tam zaglądać, szukać wśród pokruszonych odłamków wspomnień. Można się nimi pokaleczyć. Jak to kiedyś ktoś bardzo mądry powiedział – w każdej, nawet najpiękniejszej katedrze są te piwnice, te lochy, które trzeba zamknąć, kiedy przyjdzie czas. Trzeba kiedyś pozwolić odejść tym przebłyskom chwil do których ciągle nas myśl ciągnie – coraz bardziej wbrew woli. Dobre, czy złe momenty – jeśli przywołane budzą w nas ból, to znaczy, że stały się upiorami. Zasługują aby zdjąć z nich ciężar i podarować im spokój.

Ja jestem dziś trochę inna niż byłam. Oczywiście wszyscy się rozwijamy, ale ogólnie odnoszę wrażenie, że bardzo się zmieniłam w ciągu ostatnich pięciu-sześciu lat i to nie był stopniowy rozwój, ale (symbolicznie i poetycko rzecz ujmując) – śmierć i odrodzenie. Nigdy nie wierzyłam tym osobom, które powiedziały mi, że ten koniec, który mi się przydarzył nie jest końcem, tylko początkiem nowego. Że się podniosę. Że będę ufać, będę kochać. Nie wierzyłam… ale się przekonałam.

Dużo pracowałam na to, żeby dzisiaj było tak jak jest. Mocno się starałam. Musiałam dużo się nauczyć – jak o siebie dbać, jak inaczej patrzeć na sprawy, na świat, ludzi… Musiałam być bardzo odważna, chociaż czułam lęk pod skórą. Musiałam być silna, chociaż chciało mi się tylko płakać. Musiałam się odzywać, chociaż chciałam milczeć i zniknąć. Musiałam się dowiedzieć, że „nie” jest moim prawem. Że mam wybór. Że są rzeczy, których nie wolno mi poświęcać – dla nikogo. Że mogę robić to, o czym marzę, reagować na własne potrzeby i nie poprzestawać na tęsknych planach. Że zasługuję na szczęście. Że nie muszę sobie zawsze sama ze wszystkim radzić. Że mogę mieć przyjaciół i nie muszę się zamykać w domu, żeby zachować poczucie bezpieczeństwa.

Dziś mieszkam tam, gdzie chciałam mieszkać, z kimś, kogo bardzo kocham i dwoma pięknymi, pociesznymi kotami. Mam swoje zainteresowania – ćwiczenia baletowe i fotografię, o której myślę coraz bardziej poważnie (można powiedzieć, że pierwsze kroki za mną). I tak, bywam smutna (nawet ostatnio – ale o tym potem), ale wciąż jestem.

Jestem szczęśliwa.

A ten blog będzie o tym, co się u mnie dzieje. W życiu. W głowie. W sercu.

Witajcie ponownie – dobrze Was tu widzieć ❤

xoxo,
Basia

CHECK ENGLISH VERSION